Chata z prawej

Chata z prawej

czwartek, 7 maja 2015

Postkolonialna bariera

8 maja prezydent Bronisław Komorowski fetuje, niedawno uchwalony przez Sejm RP, Narodowy Dzień Zwycięstwa. Jakiego zwycięstwa?

Polska odniosła w swojej historii wiele zwycięstw. Zwyciężyliśmy w 1920 roku i w 1980 tworząc Solidarność. Wielkie zwycięstwa odnieśliśmy pod Wiedniem, Beresteczkiem, Chocimiem, Kircholmem, Orszą, Grunwaldem, na Psim Polu czy pod Cedynią. Tych zwycięstw było znacznie więcej. To na tych i innych polach bitewnych wykuwana była wielkość naszej Ojczyzny. Naszym obowiązkiem jest pamięć o bohaterstwie i ofiarności naszych przodków, którzy nie szczędzili krwi w walce o wolność i wielkość Polski. Ale pamięć, to nie tylko hołd naszej wielkiej historii. To przede wszystkim kształtowanie naszej wspólnoty narodowej, kształtowanie dumy z dokonań naszych przodków, to zastrzyk moralnej siły koniecznej do trwania i rozwoju każdej wspólnoty. To wyznaczanie poziomu naszych aspiracji i mobilizowanie współczesnych pokoleń do sprostania największym wyzwaniom współczesności i przyszłości. Pamięć zwycięstw, to walka o przyszłość naszej Ojczyzny, o jej godne miejsce wśród współczesnych narodów.

Ale 8 maja, a tym bardziej 8 maja 1945 roku, Polska nie odniosła żadnego zwycięstwa. Zwycięstwo odniósł Związek Sowiecki, także w tej wojnie zwyciężyły Stany Zjednoczone i Wlk. Brytania oraz Francja, która została wyzwolona spod niemieckiej okupacji, ale nie Polska. Polska utraciła połowę przedwojennego terytorium państwowego, zginęło ponad 6 mln. jej obywateli, Warszawa została zamieniona w morze gruzów, a władze polskiego państwa z wicepremierem, Delegatem Rządu RP na Kraj i Komendantem Głównym Armii Krajowej, armii walczącej od początku wojny z niemieckim okupantem, zostały aresztowane wraz z dziesiątkami tysięcy żołnierzy i wywiezione do Związku Sowieckiego. Polska z II wojny światowej wychodziła nie tylko jako okaleczony naród i zrujnowany kraj, ale przede wszystkim jako naród powtórnie zniewolony, tym razem przez drugiego współsprawcę wybuchu wojny i jej zwycięzcę - Związek Sowiecki. Wychodziliśmy z wojny jako naród, który znowu utracił swoja wolność. Gdy na ulicach Moskwy, Nowego Jorku, czy Paryża i Londynu ludność świętowała i radowała się z zakończenie wojny, Polacy mieli poczucie własnej klęski. Najtrafniej uchwycił to Jerzy Andrzejewski w skądinąd zakłamanej książce "Popiół i diament". Ale opisując moment ogłoszenia z ulicznych megafonów komunikatu o zakończeniu wojny trafnie zauważył, że Polacy wysłuchali go w milczeniu, a następnie rozeszli się do swoich zajęć. Polacy nie świętowali, bo nie mieli poczucia zwycięstwa, mieli poczucie wielkiej klęski. Był to czas, gdy za walkę z Niemieckim okupantem trafiało się do sowieckiego łagru, albo pod ścianę przed pluton egzekucyjny.

Uznanie zakończenia II wojny światowej za "Narodowy Dzień Zwycięstwa” to nie tylko fałszowanie historii, to przede wszystkim wpisywanie się w narracje historyczną tych, którzy przyczynili się do utraty niepodległości w czasie II wojny światowej, a przede wszystkim wpisywanie się w narrację Związku Sowieckiego, który nie tylko przyczynił się do rozpętania tej wojny, ale zniewalał nasz naród przez kolejne 45 lat. To świętowanie i radość z naszej niewoli, chęć uczestnictwa niewolnika w obchodach wydarzeń, które jego właściciel uznaje za wiekopomne dla swojej dominacji i który oczekuje od nas takich aspiracji i takiej pozycji, jaką uzyskaliśmy w konsekwencji jego zwycięstwa. "Narodowy Dzień Zwycięstwa" 8 maja to fetowanie własnej klęski i wyraz postkolonialnej mentalności. To kapitulacja z własnej podmiotowości w wymiarze historycznym i rezygnacja z podmiotowości w wymiarze polityki współczesnej.

Jak pisał Orwell: "Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość". W 26 lat po upadku komunizmu w Polsce, Polacy nie kontrolują swojej przeszłości, bo nie kontrolują swojej teraźniejszości i nie kontrolują swojej przyszłości. Taka jest nauka płynąca z uchwalenia i obchodów "Narodowego Dnia Zwycięstwa".

Pierwszym wymogiem odzyskania własnej podmiotowości jest kontrolowanie własnej przeszłości. To fundamentalny wymóg własnej wolności. Bez własnej wizji historii jesteśmy skazani na narodowe wykorzenienie i narodową klęskę. Żaden naród nie może istnieć bez patriotyzmu, a duma z własnej przeszłości i szacunek dla własnych bohaterów, to podstawa naszej tożsamości, bez której nie ma szans także na własna politykę.

Państwo polskie nie prowadzi polskiej polityki historycznej. W ostatnich latach nie obchodziliśmy 900-lecia obrony Głogowa i zwycięstwa na Psim Polu, nie świętowaliśmy zwycięstwa pod Kłuszynem, ani zajęcia Moskwy, a obchody 150-lecia Powstania Styczniowego spotkały się z ostentacyjną niechęcią obozu rządowego. Na obchody70-lecia wybuchu II wojny światowej zaproszono przedstawicieli państw, które tą wojnę wywołały. Prezydent Komorowski, w imieniu państwa polskiego, uznał nasz naród za współwinny zbrodni ludobójstwa na narodzie żydowskim, a tablica upamiętniająca to ludobójstwo w Muzeum Żydów Polskich potwierdza to kłamstwo. Państwo polskie sfinansowało filmy Ida i Pokłosie obciążające nasz naród tą zbrodnia, a telewizja publiczna wyemitowała niemiecki film propagandowy także obciążający nasz naród zbrodnią dokonana przez Niemcy. W polskiej szkole władzę ograniczają naukę historii i literatury polskiej. To wszystko prowadzi do kulturowego i narodowego wykorzenienia, do niszczenia przywiązania młodego pokolenia dla własnego narodu, niszczy narodową dumę i patriotyzm wśród młodego pokolenia. Żaden naród nie może istnieć i rozwijać się bez patriotyzmu, bez narodowej dumy i wierności narodowej tradycji. Niszczenie narodowej dumy i świętowanie obcych zwycięstw, które są naszymi klęskami, to niszczenie narodu. To działanie w interesie naszych wrogów, którzy dążą do zdezintegrowania naszego narodu i zaniku jego instynktu samozachowawczego.

Odzyskanie własnej przeszłości, to przede wszystkim odbudowa własnej tożsamości i własnego patriotyzmu, to budowanie optymizmu historycznego w oparciu o wspaniałe sukcesy naszej przeszłości. To budowanie dumy z roli, jaką nasz naród odegrał w przeszłości. Od obrony chrześcijańskiej Europy przed Tatarami, Turkami i bolszewikami, dumy z piękna naszych gotyckich i barokowych kościołów, z osiągnięć naszego ustroju w postaci zasady neminem capitivabimus i filozofii Pawła Włodkowica nienawracania pogan mieczem, to duma z tolerancji religijnej i początków demokracji, to wreszcie duma z naszej nieustępliwej walki o wolności, postawy św. Maksymiliana, dzieła Solidarności i Jana Pawła II. To pamięć naszych wielkich zwycięstw militarnych w których walczyliśmy w obronie cywilizacji chrześcijańskiej. To wszystko buduje przywiązanie do naszego narodu i wiarę w jego przyszłość. Ale także w naszej historii odnieśliśmy wiele klęsk, walcząc w słusznej sprawie, w sprawie wolności własnego narodu i wolności innych. Tym którzy walczyli należy się nasza część, nasz szacunek dla ich ofiary. Uznanie, że często na przekór wszelkim siłom, walczyli o to, co jest najważniejsze dla każdego narodu: o wolność. Ich ofiara także nie może być zapomniana, bo jest świadectwem wielkiej miłości do naszego narodu i jest dla nas wzorem i przykładem, jak zachować się w najtrudniejszych momentach naszego życia. I im winniśmy cześć. To także buduje optymizm historyczny, bo po latach klęsk, przychodziły zwycięstwa.

Odzyskanie własnej historii, szacunek dla tych, którzy walczyli o naszą wielkość i dla tych, którzy w najbardziej beznadziejnej sytuacji walczyli o nasz honor, jak żołnierze niezłomni walczący z komunistycznym zniewoleniem, to warunek naszej podmiotowości i wolności. Dlatego musimy z całą siłą przeciwstawić się pedagogice wstydu lansowaną przede wszystkim przez "kulturowych" neobolszewików, oskarżającej nasz naród o wszelkie możliwe historyczne zbrodnie. Ta bolszewicka propaganda oskarżająca żołnierzy powstańców warszawskich, w ogóle Polaków o współudział w ludobójstwie niemieckim, ma na celu nie odkrywanie prawdy, ale dyskredytowanie naszego narodu, niszczenie jego patriotyzmu i dumy z własnej polskości. To działalność wrogów naszego narodu i jako taka musi być odrzucona i potępiona.

Dlatego od pięciu lat, każdego roku, w dniu 9 maja, w dniu w którym spadkobierca Związku Sowieckiego, współczesna Rosja, fetuje swoje zwycięstwo w II wojnie światowej, Prawica Rzeczypospolitej składa kwiaty i modli się na warszawskich Powązkach przy symbolicznym grobie Jana Stanisława Jankowskiego, Delegata Rządu na Kraj, najwyższego rangą przedstawiciela władz Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, przebywającego w okupowanej Polsce i aresztowanego przez Armię Sowiecką. W momencie świętowania przez Sowiety swego zwycięstwa przebywał w sowieckim więzieniu i prawdopodobnie tam został zamordowany w 1953. Ten gest przypomina prawdę historyczną, że zakończenie II wojny światowej nie było polskim zwycięstwem, było polską klęską, w której  straciliśmy niepodległość i ofiarę poniosła najbardziej patriotyczna część polskiego narodu. Ten gest, to próba odbudowania polskiej historii, polskiej polityki historycznej, to próba w wymiarze historycznym podkreślenia potrzeby naszej podmiotowości, nie tylko  w wymiarze przeszłości, ale także w wymiarze teraźniejszości i przyszłości.

Odbudowa własnej tożsamości historycznej jest podstawą narodowej polityki, polityki obliczonej na realizowanie własnej, a nie narzuconej przez innych, wizji interesu narodowego i własnego miejsca we wspólnocie europejskich narodów. Tylko naród o silnej historycznej tożsamości, dumny z własnej przeszłości, przywiązany do własnej tradycji, broniący własnych interesów, naród ożywiony patriotyzmem, jest w stanie podmiotowo kształtować własną przyszłość. Natomiast naród zgadzający się na dominacje innych, naród świętujący obce zwycięstwa, realizujący obce narracje historyczne, to naród rezygnujący z własnej niezależności i podmiotowości. To w konsekwencji naród rezygnujący z własnej wolności, to naród dekadencki, schyłkowy, realizujący tylko obce oczekiwania i obce interesy, niezdolny do walki o własną niezależność i własne miejsce we współczesnym świecie. Dlatego odzyskanie własnej historii, to odzyskanie własnej podmiotowości i własnej wolności, to wstęp do własnej polityki. To zerwanie z polityką dryfowania, w której  cele narodowe wyznaczają inni i próba kształtowania samodzielnie własnego losu. Dlatego tak ważne jest wyzwolenie się z postkolonialnej historii, bo to nie jest nasza historia.

"Narodowy Dzień Zwycięstwa", to utrwalanie tylko mentalności postkolonialnej, blokującej podmiotowość mentalną naszego narodu, to bariera blokująca naszą wolność i podmiotowość. Ci którzy świętują zwycięstwa naszych wrogów nie są w stanie realizować polskich interesów. Polsce potrzeba narodowego przywództwa, a nie okupantów państwowych stanowisk. Polsce potrzeba przywództwa, które wyznaczy kierunki naszego narodowego rozwoju, a takie przywództwo jest także przywództwem przywracającym sens naszego historycznego i moralnego przeznaczenia. Czas na odrzucenie postkolonialnej mentalności i odrodzenie naszego Narodu.


Marian Piłka
historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

wtorek, 24 lutego 2015

Andrzej Duda - kandydat o wyrazistym obliczu :)


Po wywiadzie udzielonym Gościowi Niedzielnemu zrodziło się we mnie rozczarowanie. Oto kandydat, o którym myślałem poważnie w kontekście nadchodzących wyborów mówi językiem polit-poprawności. Kompromis, wahadło i inne takie bzdety. Wyraziłem się wtedy jasno - NIE! Nie wolno w tak ważnej sprawie kręcić, zajmować stanowiska,  z którego nic nie wynika.

Zwykle zmiana zdania polityków budzi we mnie nieufność. Mówi się, że "sztab nad nim/nią popracował", "z badań wynikało" itd. Ale jeżeli ktoś zmienia zdanie na bardziej radykalne, takie, które pewnie ani sztabowi, ani szerokiej opinii publicznej niezbyt przypadnie do gustu, to wtedy taki polityk ma u mnie, jak to mówią moi uczniowie, "szacun", prawdziwe poważanie.

Tak stało się z Andrzejem Dudą. Z wielka radością wysłuchałem Jego wywiadu dla Tygodnika Niedziela i tym razem jasnych i twardych słów:
"Nie ma co mówić o jakimkolwiek kompromisie, bo druga strona, strona lewacka, nie uznaje żadnych kompromisów." I dalej o KONIECZNOŚCI bezwarunkowej ochrony prawa do życia dzieci poczętych. Mówiąc krótko: Panie Andrzeju, wyrazy szacunku i uznania. Niewielu polityków, którzy walczą o każdy punkt poparcia zdobyłoby się na to, na co Pan się zdobył. Żadne działania sztabowców nie przekonałyby mnie do Pana osoby bardziej, niż ta zmiana zdania. Dziękuję i życzę powodzenia!

środa, 11 lutego 2015

Andrzej Duda - kandydat o (zbyt) wielu obliczach...

Wydawało mi się, że już mam kandydata, na którego mogę głosować w nadchodzących wyborach prezydenckich. Andrzej Duda – patriota, inteligentny, młody, dynamiczny, zdecydowany. No właśnie, tak myślałem… do czasu, gdy zapoznałem się z wywiadem przeprowadzonym z nim w Gościu Niedzielnym. Oto kluczowy dla mnie moment:


Gość Niedzielny: A co zrobiłby Pan z ustawą całkowicie zakazującą aborcji?

Andrzej Duda: Nie mam tu żadnych wątpliwości natury moralnej czy etycznej. Jestem sygnatariuszem Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej „Jeden z nas”, która ma na celu zwiększenie ochrony życia ludzkiego w ramach prawa i polityki budżetowej UE. Głosowałem w Sejmie za projektem ustawy rozszerzającej ochronę życia nienarodzonych, a swego czasu występowałem także w obronie ich prawa do życia na forum Rady Ministrów Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych UE. Mój osobisty pogląd w tej sprawie jest więc jednoznaczny. Roztropny i przewidujący polityk musi jednak brać pod uwagę również niebezpieczeństwo, że zmiana obowiązującej ustawy zaostrzy walkę o całkowitą liberalizację, a w przyszłości, w przypadku wyborczego zwycięstwa liberalnej lewicy, czego przecież wykluczyć nie można, doprowadzi do przyjęcia nowych regulacji przez zwolenników tzw. aborcji z przyczyn społecznych. Środowiska skrajnie lewicowe wciąż tego typu postulaty podnoszą i są przy tym niezwykle agresywne i ekspansywne. Dla nas, ludzi wierzących, to poważny problem, a dla katolickiego polityka to wielkie i trudne wyzwanie."

No i czar prysł… Oto zamiast zdecydowanego i dynamicznego polityka pojawia się polityk roztropny, najbardziej znienawidzony przeze mnie termin, którym przez dziesięciolecia różni politycy i politykierzy usprawiedliwiali swoje zaniedbania lub koniunkturalizm.
Andrzej Duda w obawie przed sytuacją przyszłą i mało prawdopodobną (w sprawie aborcji to lewica jest w totalnej defensywie) dla „świętego spokoju” wolałby zachować stan, który tak nieprawdziwie nazywa się „kompromisem”. Zabijane dzieci jakoś podmiotem tego kompromisu nie są…
Czy katolicki polityk powinien zachowywać się „roztropnie” w sprawie zabijania dzieci? Czy powinien być „przewidujący”? Wydaje mi się, że coś zupełnie przeciwnego wynika z lektury „Evangelium Vitae” św. Jana Pawła II.

EV, 73: „Przerywanie ciąży i eutanazja są zatem zbrodniami, których żadna ludzka ustawa nie może uznać za dopuszczalne. Ustawy, które to czynią, nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawienia się im poprzez sprzeciw sumienia. Od samych początków Kościoła przepowiadanie apostolskie pouczało chrześcijan o obowiązku posłuszeństwa władzom publicznym prawomocnie ustanowionym (por. Rz 13, 1-7; 1 P 2, 13-14), ale zarazem przestrzegało stanowczo, że „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29). Już w Starym Testamencie znajdujemy wymowny przykład oporu wobec niesprawiedliwego rozporządzenia władz — i to właśnie takiego, które było wymierzone przeciw życiu. Żydowskie położne sprzeciwiły się faraonowi, który nakazał zabijać wszystkie nowo narodzone dzieci płci męskiej: „nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu [nowo narodzonych] chłopców” (Wj 1, 17). Trzeba jednak zwrócić uwagę na głęboki motyw takiej postawy: „położne bały się Boga” (tamże). Właśnie z posłuszeństwa Bogu — któremu należy się bojaźń, wyrażająca uznanie Jego absolutnej i najwyższej władzy — człowiek czerpie moc i odwagę, aby przeciwstawiać się niesprawiedliwym ludzkim prawom. Jest to moc i odwaga tego, kto gotów jest nawet iść do więzienia lub zginąć od miecza, gdyż jest przekonany, że „tu się okazuje wytrwałość i wiara świętych” (Ap 13, 10).
Tak więc w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować „ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu”. (…)

Pan Andrzej Duda wypowiedział się, a ja (przynajmniej na razie) nie mam na kogo głosować…

czwartek, 3 kwietnia 2014

Bikiniarze polskiej polityki

W USA mówią że neokonserwatysta, to taki liberał, który został pobity przez lewaka, za wyznawanie nie dość skrajnych poglądów. I te ciosy, przywróciły amerykańskiemu liberałowi przynajmniej częściowe rozumienie rzeczywistości. Stąd neokonserwatyści zrezygnowali z części wcześniej wyznawanych lewicowych poglądów na gospodarkę i państwo, powrócili do bardziej wolnorynkowych koncepcji gospodarczych, zaakceptowali realizm w relacjach międzypaństwowych i częściowo w stosunkach wewnętrznych. Ale neokonserwatyzm nie zmienił już ich poglądów na transcendentny wymiar ludzkiej natury i rzeczywistości, charakter państwa i sens polityki. Stąd nawet jeżeli doceniają znaczenie religii, to jest ocena natury socjologicznej, a nie światopoglądowej i filozoficznej. Po prostu neokonserwatyzm, czyli amerykańska "nowa prawica", to liberalizm, który pogodził się z częścią rzeczywistości doczesnej, ale zachował jadro swojego materialistycznego i indywidualistycznego widzenia świata, które w wielu zasadniczych kwestiach nadal rzutuje na charakter uprawianej polityki. To powoduje, że choć w konkretnych kwestiach jest możliwe porozumienie prawicy z neokonserwatystami, to jednak dzieli je zasadniczy spór co do charakteru państwa i sensu polityki. Co więcej, neokonserwatyści korzystając z wpływów medialnych, wypierają, w imię nowoczesności "nowej prawicy", tradycyjną prawicę, z jej dotychczasowych bastionów. I w ten sposób następuję po prawej stronie sceny politycznej przesuwanie się całej sceny politycznej w lewo.
Podobne zjawisko widzimy także w Europie, z tym, że tu generalnie tradycyjna prawica na ogół znajduje się już po za sceną parlamentarną, a prawą stronę sceny politycznej zajmują partie liberalne, nacjonalistyczne, konserwatywne lub chadeckie, wszystkie bardziej lewicowe, niż prawicowe Za partie prawicowe w Europie Zachodniej są uznawane, nie te, dla których fundamentem ideowym jest klasyczna, czy chrześcijańska koncepcja państwa i polityki, ale te które jeszcze się opierają najbardziej skrajnym konceptom lewicy, ale już nie wyznają ani światopoglądu prawicowego, ani też nie walczą o przywrócenie prawicowej agendy. Dawniej byłby one uważane po prostu jako umiarkowana lewica, dziś zaś zajmują prawą stronę sceny parlamentarnej. Co więcej te procesy przesuwania partii uważanych za prawicowe na lewo, czy ich zastępowanie przez "nową prawicę" nie omijają także Polski. I nie dotyczy to nie tylko PO, ale także takiego zjawiska "kulturowego', bo trudno je nazwać politycznym, jakim jest "Nowa Prawica" Korwina Mikke.
Otóż Korwin Mikke prezentuje się jako esencja prawicy, uważając wszystkich swoich przeciwników i krytyków za socjalistów. Nie dyskutuje z nimi, tylko okłada ich przezwiskiem, bez względu, czy ma do czynienia z komunistami, socjalistami, narodowcami, czy konserwatyzmami. Epitet nie tylko zastępuje dyskusję, ale daje także jego młodym wyznawcom pozorne rozumienie rzeczywistości. Właśnie w okresie wkraczania w życie dorosłe występuje silna potrzeba całościowego rozumienia świata przeciwstawionego światopoglądowi pokolenia dominującemu w życiu publicznym. Odpowiedzią na tą potrzebę jest ideologia Korwina, która ma dostarczyć klucza młodym ludziom do rozumienia rzeczywistości.A że jest to pozorne rozumienie, to przychodzi z czasem, gdy okazuje się, że rzeczywistość nie jest tak prostacka jak w Korwinowej recepcie, że jest bardziej skomplikowana, a co więcej, że znacznie się różni od tego co proponuje Korwin. A co więcej, że nie jest to żadna polityka , tylko pajacowanie, które wzbudza zainteresowanie, jak każde ekscentryczne zjawisko, ale nie prowadzi do żadnego pozytywnego celu. Potem się z tego wyrasta, jak wyrasta się z młodzieńczych pryszczy. Tylko że na ogół terminowanie w sekcie Korwina demoralizuje i uczy cynizmu, nie tylko politycznego, a młodzi ludzie jeżeli się nie rozczarowali do życia politycznego, to trafiają najczęściej do jeszcze bardziej cynicznej Platformy i tak już płyną z prądem w lewicowym kierunku. Doświadczenie pokazuje, że dla młodego pokolenia zafascynowanie Korwinem i jego bon motami, prowadzi na polityczne manowce. Dlatego ważne jest zrozumienie istoty tego co Korwin proponuje w życiu publicznym.
Otóż sama koncepcja Korwinowej prawicy jest fałszywa. Korwin uważa się za liberała, a liberalizm za esencję prawicy, a wszystko co jest sprzeczne z liberalizmem uważa za socjalizm. Otóż liberalizm ma się tak do prawicy, jak neokonserwatyzm do konserwatyzmu. To nie jest prawica, choć za prawicę pragnie uchodzić. Nie tylko w Polsce, mamy do czynienia z pojęciem prawicy sytuacyjnej, tzn, że za prawice uważa się te ugrupowania, które są na prawo od lewicy. W rzeczywistości, to stalinowska formuła prawicy. Bo dla komunistów, wszyscy na prawo od nich byli uważani za prawicę, także socjaliści, zwani w języku komunistycznym socjalfaszystami. To stalinowskie rozumienie prawicy przyjęło się także w postkomunistycznej Polsce, gdzie za prawice uważa się wszystkie ugrupowania stojące na prawo od postkomunistów, często nawet PO jest określana jako partia prawicowa. Nikt nie kwestionuje lewicowego charakteru postkomunistów, choć ostatnio przybyło im konkurentów. Bardziej lewackim jest ugrupowanie Palikota, ale też PO coraz bardziej zdecydowanie zmierza w kierunku skrajnego kulturowego radykalizmu. Nie mniej, zasadniczy podział na prawicę i lewicę wynika nie z mniej lub bardziej przypadkowej konfiguracji politycznej, czy wyborczej, a z fundamentalnego postrzegania rzeczywistości. Fundamentem prawicowej wizji rzeczywistości jest bowiem klasyczna koncepcja państwa i polityki zaadoptowana przez chrześcijańską filozofię polityczną. Właśnie chrześcijańska antropologia i socjologia wyznacza definicje prawicowości. Jej istotą jest przekonanie o naturalnej społecznej naturze człowieka doskonalącej się w różnorakich wspólnotach. Zaś państwo jest instytucją naturalną związaną z samą naturą osoby ludzkiej. Z tego wynika koncepcja dobra wspólnego, jako nadrzędnej kategorii politycznej, która jest rozpoznawana przez rozum, zdolny do rozpoznania prawa naturalnego, dobra i zła, zachowań sprawiedliwych i niesprawiedliwych, oraz, że postęp w życiu publicznym polega przede wszystkim na doskonaleniu cnót osobowych i moralnych. Rewolucja francuska, która jest paradygmatem współczesności, wybuchła właśnie przeciwko chrześcijańskiej wizji polityki, która choć w sposób ułomny legitymizowała podstawy starego porządku. U podstaw tej rewolucji leżała bowiem materialistyczna i mechanistyczna koncepcja człowieka, liberalna koncepcja "umowy społecznej', kwestionująca naturalny charakter wspólnoty państwowej i negująca dobro wspólne jako klasyczny cel polityki, oraz degradująca rozum z funkcji rozpoznawczej dobra i zła . To liberalizm z jego indywidualistyczną koncepcją człowieka, zakwestionował stary porządek i liberalizm jest pierwszą formułą lewicy we współczesnym świecie.
Liberalizm, jak to jeszcze zachował amerykański dyskurs, jest przejawem lewicy bowiem, bo to on zdefiniował podstawowe cechy światopoglądu lewicowego, przeciwstawionego prawicowej wizji osoby ludzkiej i porządku społecznego.W skrócie przyjmuje on materialistyczną antropologię bez żadnych odniesień do transcendencji. Podstawowym pojęciem jest bowiem jednostka , wyabstrahowana ze swego społecznego otoczenia, jej pragnienia i postrzeganie wolności, jako brak barier dla realizacji własnych egoistycznych pragnień. Natomiast klasyczna koncepcja państwa mówi, że wspólnota państwowa jest wspólnotą naturalną w której, dzięki cnotom doskonali się ludzka osoba, zaś pragnienie i osobiste interesy są podporządkowane rozumowi i dobru wspólnemu. Thomas Hobbes zredukował znaczenie rozumu w ludzkim postępowaniu, odmawiając mu zdolności rozpoznawania dobra i zła, a zatem także wyznaczania ideału życia godziwego. Rozum został zdegradowany jedynie do kalkulacji w realizacji pragnień. Ta redukcja rozumu wyznaczyła charakter nie tylko polityki, ale także kultury współczesnej, otwierając wrota dla różnego rodzaju irracjonalizmów. Degradacja rozumu, a zawłaszcza odmowa przyznania mu zdolności do rozpoznania rzeczywistości, a zwłaszcza dobra i zła, i odrzucenie koncepcji dobra wspólnego stworzyło także podstawy relatywizmu moralnego tak charakterystycznego dla czasów współczesnych.
Natomiast liberałowie, państwo i politykę postrzegają jako rezultat umowy społecznej, a tym samym jako porozumienie w sprawie realizacji indywidualnych i grupowych egoizmów. Stąd w tej koncepcji nie istnieje koncepcja dobra wspólnego, chyba że w bardzo okrojonej formie jako państwa- strażnika tychże interesów. Nie istnieje też koncepcja cnót, jako indywidualnych sprawności wynikających z uznania celowości polityki, jako doskonalenia indywidualnego i zbiorowego, zakorzenionego w transcendencji. Państwo, nie jest traktowane jako naturalna wspólnota umożliwiająca godziwe życie, i dlatego nie jest celem polityki, a jedynie środkiem do realizacji ideologii liberalnej. W istocie jest postrzegane bardziej jako zło, konieczne tylko do gwarantowania indywidualnej wolności, niż realizacji dobra wspólnego. Stąd brak zaufania do państwa i zakodowany w ideologii liberalnej dążenie do maksymalnego jego ograniczenia. Mamy tu w istocie pokusę całkowitego odrzucenia państwa i jakiejkolwiek wspólnoty. W rzeczywistości to nie do końca uświadomiona pokusa powrotu do życia jaskiniowego i barbarzyństwa. Tu ma także podstawę liberalny mit wyzwolenia, wyzwolenia z opresji państwa, ale mit ten został przejęty także przez inne postliberalne ideologie. I tak w koncepcji marksistowskiej to jest mit wyzwolenia klasy robotniczej, w feminizmie - wyzwolenia kobiet, homoseksualizmie- wyzwolenia homoseksualistów, w postmodernizmie wyzwolenia z opresji prawdy i obiektywizmu nauki, a w gender- wyzwolenia z biologicznej opresji. Jak doświadczenie wskazuje, liberalny w swych korzeniach mit wyzwolenia prowadzi właśnie do barbarzyństwa. Ideologia liberalna odrzuca bowiem arystotelesowskie pojęcie człowieka jako istoty politycznej realizującej się we wspólnocie i tym samym zaprzecza tym cnotom, takim jak patriotyzm, czy lojalność, które wynikają z koncepcji państwa jako dobra wspólnego. Pomimo ewidentnego fałszu koncepcji umowy społecznej, jest ona fundamentem koncepcji ustrojowych i legitymizacją polityki w liberalnym i postliberalnym świecie. I choć koncepcja egoizmu jednostkowego, okazała się twórcza w budowaniu indywidualnego bogactwa, to jak pisze Arnold Toynbee, doprowadziła do duchowej pustki, która dziś postawiła naszą cywilizacje na progu całkowitego jej załamania.
Liberalizm nie tylko zakwestionował klasyczną koncepcje państwa i polityki, ale stał się podstawą ekspansji różnych odmian socjalizmu. Wszystkie odmiany socjalizmu, poprzez komunizm, socjaldemokrację, nazizm, faszyzm, postmodernizm, "kulturę krytyczną', feminizm czy gender, mają swoje korzenie w liberalnej koncepcji człowieka i polityki. Karol Marks mówił o filozofii Tomasa Hobbes`a: "my wszyscy z niego".To dzieci liberalizmu. Przede wszystkim mają wspólna podstawę światopoglądową w postaci materialistycznego światopoglądu i wspólnej indywidualistycznej koncepcji człowieka. Także w marksizmie , jądrem tej ideologii jest indywidualistyczna koncepcja człowieka koncentrująca się jedynie na realizacji doczesnych pragnień. Tylko, że w sytuacji dominacji ustroju kapitalistycznego, realizującego przede wszystkim cele warstwy posiadającej, skuteczność realizacji interesów warstw pracowniczych widzi w kolektywizmie przeciwstawionym warstwie posiadającej. Marksizm mógł tylko powstać w liberalnym klimacie intelektualnym i moralnym.W klimacie w którym indywidualne i grupowe interesy są ważniejsze od dobra wspólnego. To co ich różni, to odmienne interesy, a nie koncepcja polityki, oraz stopień odrzucenia rzeczywistości , a nie sposób jej ujęcia. Tu bowiem także państwo nie jest celem polityki, tak jak w koncepcji klasycznej, a środkiem do realizacji celów dyktowanych przez ideologię. Odrzucenie koncepcji dobra wspólnego wprowadza ideologię do polityki państwa. W postmodernizmie jest wezwanie do wyzwolenia z opresji prawdy. Stąd relatywizm poznawczy i moralny doprowadzony do absurdu. Podobnie jest w innych współczesnych nurtach, jak "kultura krytyczna", feminizm, homoseksualizm, czy gender, które trudno jest nazwać, "kulturowymi", bo w swej istocie niszczą współczesną kulturę, ale są nurtami intelektualnymi degradującymi człowieka i społeczne środowisko w którym żyje. Te ideologie różnią się jedynie stopniem odrzucenia czy redukcji rzeczywistości ,ich jednak wspólną podstawą jest relatywizm moralny i poznawczy i koncepcja państwa, jako umowy społecznej służącej takiej czy innej ideologii. Państwo nie realizujące ideologii, jest wrogiem, jest opresją z której należy się wyzwolić, dlatego dąży się do przejęcia państwa, albo do ograniczenia jego kompetencji.
Dlatego nazywanie przez Korwina-Mikke liberalizmu prawicą jest zupełnie nieuprawnione. Liberalizm jest przejawem lewicowej koncepcji państwa i polityki i jest podstawą wszelkich lewicowych dewiacji współczesnej polityki. Oczywiście mamy do czynienia z wieloma odmianami liberalizmu. Różni je stopień odrzucenia rzeczywistości, ale łączy wspólna podstawa filozoficzna i światopoglądowa.Mamy tu także do czynienia z tym samym zjawiskiem, które występuje na Zachodzie, a mianowicie podszywanie się liberalizmu pod pojecie prawicy i tym samym spychanie prawicowej sceny politycznej w lewo. "Nowa Prawica" Korwina nie jest prawicą, jest liberalizmem, czyli jest jedną z form światopoglądowej i filozoficznej lewicy. I nie zmienia to faktu, że różne odmiany liberalizmu są często wzajemnie wrogie i skonfliktowane.W przypadku ideologii Korwina , jego liberalizm został wzmocniony darwinizmem politycznym. I nawet można powiedzieć, że reprezentuje skrajne antychrześcijańską, właśnie darwinowską, wersje liberalizmu politycznego. Stąd min. jego drwiny na temat więźniów obozów koncentracyjnych, pozytywne cytowanie Hitlera, czy pogarda dla niepełnosprawnych. W tym się wyrażą koncepcja społeczeństwa właściwie przejęta z darwinowskiej ewolucji, w której, osoba ludzka jest zdegradowana jedynie do jego funkcji, stąd wrogość wobec niepełnosprawnych, niezdolnych z racji swej niepełnosprawności do wypełniania wszystkich funkcji społecznych. Pomimo autodeklaracji prawicowych, ideologia środowiska Korwina nie ma nic wspólnego z klasyczna koncepcja państwa i polityki. Wyrazem tego jest indywidualistyczna i mechanistyczna koncepcja państwa, wyrażająca się w jego haśle domagającym się jak najniższych podatków. Podatki tu zostały potraktowane jako instrument walki z państwem. Im niższe podatki tym lepsze państwo głosi Korwin.Oczywiście w normalnej sytuacji podatki powinny być tak niskie, jak to możliwe, ale ich wysokość nie powinna limitować koniecznych dla rozwoju narodu funkcji państwa. Otóż jest zasadnicza różnica pomiędzy państwem minimum postulowanym przez liberałów, a państwem, którego głównym zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa i rozwoju narodu. Państwo minimum, ma tylko dbać o indywidualistyczne interesy, zaś państwo narodowe, dba przede wszystkim o dobro wspólne całego narodu. I w tej koncepcji oprócz potrzeby akumulacji kapitału koniecznego do rozwoju gospodarczego, państwo musi dbać także o inne społeczne potrzeby życia narodowego, nie tylko bezpieczeństwo, ale także budowanie własnego potencjału narodowego, budowanie wspólnoty i kultury narodowej itp. Wysokość podatków jest więc kwestią praktyczną, zależna od potrzeb państwa w wypełnianiu jego narodowych funkcji. Natomiast nadanie hasłu niskich podatków funkcji ideologicznej, oznacza sprowadzenie roli państwa tylko do funkcji realizacji "państwa-stróża nocnego", czyli ideologicznego konceptu. W rzeczywistości jest to postulat wypychania państwa z rzeczywistości społecznej. To postawa, w swej istocie anarchistyczna, limitowana tylko niezbędną koniecznością liczenia się z rzeczywistością.
My Polacy powinniśmy być szczególnie uwrażliwieni na ideologie "niskich podatków', bowiem niskie podatki w I Rzeczpospolitej nie tylko nie spowodowały dynamicznego rozwoju gospodarczego, ale wprost przeciwnie doprowadziły to państwo, będące w ówczesnej Europie ostoją wolności, do jego upadku. Kwestia podatków powinna być więc kwestią praktycznej polityki wynikającej z aktualnych potrzeb, a nie realizacją celów ideologicznych liberalizmu. Ten przykład pokazuje, że realizacja jednego ideologicznego hasła może prowadzić nie tylko do upadku państwa, ale także uderza w inne zideologizowane hasło, jakim jest liberalnie rozumiana wolność. W koncepcji liberalnej wolność jest postrzegana w sposób zupełnie aspołeczny, jako brak barier dla własnych zachcianek, a nie jak w koncepcji klasycznej, jako możliwość realizacji własnych celów we wspólnocie. Otóż koncepcja braku barier jest koncepcją zupełnie anarchistyczną. Człowiek zawsze żyje we wspólnocie. Wbrew liberalnej ideologii, nie rodzi się wolny, tylko jest totalnie zależny od swoich rodziców, a jego kultura i charakter kształtuje się też w szerszych wspólnotach, przede wszystkim we wspólnocie narodowej. Nie istnieje świat bez żadnych zewnętrznych barier dla liberalnie rozumianej wolności. To ideologiczna fikcja. Człowiek żyje zawsze we wspólnocie, odrzucenie wspólnoty prowadzi człowieka do zezwierzęcenia i to zarówno w wymiarze dosłownym, jak pokazują przykłady dzieci wychowanych przez dzikie zwierzęta, jak też w wymiarze moralnym, jako odrzucenie moralnych powinności wobec własnych wspólnot. Bowiem każdy człowiek rozwijając się w społeczeństwie, korzysta z niego i jednocześnie staje się jego dłużnikiem. Dlatego wolność można realizować tylko w społeczności. Stąd klasyczna koncepcja cnót, jako sprawności doskonalących osobę w jej relacjach wspólnotowych. Liberalizm nie rozróżnia wolności od anarchii. I dlatego ta anarchistyczna koncepcja zawsze będzie zagrożeniem, jak pokazał także przykład I Rzeczpospolitej, dla wolności obywatelskiej. Koncepcja "niskich podatków' doprowadziła I Rzeczpospolite do upadku.Dziś można powiedzieć , że liberalna kultura w państwach Zachodu prowadzi do upadku wszelkich narodowych lojalności, ducha poświęcenia dla Ojczyzny i patriotyzmu , prowadzi do upadku cywilizacji europejskiej i w rezultacie do jej islamizacji, do upadku wolności zachodnich narodów. Tego samego ducha egoizmu w Polsce krzewi ideologia Korwina Mikke. Nic więc dziwnego, że po najczęściej chwilowej, najdłużej kilkuletniej fascynacji Korwinem jego wyznawcy dojrzewają w tym sensie, że przyjmują za własną ideologie egoizmu i jeżeli angażują się w życiu publicznym, to najczęściej trafiają do PO , partii nihilizmu narodowego. Taki jest realny rezultat politycznej aktywności Janusza Korwina Mikke.
Ale jest jeszcze jeden aspekt jego działalność. Otóż zasadniczym powodem popularności Korwina Mikke nie jest kwestia filozoficznych założeń jego ideologii. Ona jest raczej przemycana pod płaszczykiem ekscentryczności, która zdobywa mu popularność i uznanie. Otóż w młodym , wstępującym w dorosłe życie pokoleniu, zawsze jest pewien potencjał buntu przeciwko pokoleniu rodziców. Młode pokolenie szuka intelektualnego wyrazu tego buntu, szuka klucza do rozumienia rzeczywistości, który da mu poczucie intelektualnej pewności i uczyni świat na tyle zrozumiałym, że pozwoli na bunt przeciwko niemu. Tego właśnie dostarcza ideologia Korwina , dostarcza prostych recept na rozumienie rzeczywistości, bez konieczności czytania książek, bez konieczności wnikliwego wnikania w rzeczywistość życia publicznego. Proste recepty, takie, że wszyscy oponenci to socjaliści, albo, że niskie podatki rozwiążą wszystkie problemy społeczne i ekonomiczne. Zaś kara śmierci przywróci elementarną sprawiedliwość. Nawet jeżeli w poszczególnych przypadkach, można się zgodzić na konkretne rozwiązanie, to całość zachowania Korwina i jego ideologia tworzą świat groteskowy. Korwin z polityki robi widowisko, tym samym nie traktując życia publicznego, w sposób poważny. Dla niego ważniejsze jest szokowanie, niż uprawianie polityki. To nawet nie jest, jak niektórzy twierdzą, mylenie funkcji publicysty i polityka, to w rzeczywistości jest sprowadzanie życia publicznego do absurdu i wyśmiewanie się z tego absurdu. To przejaw gobrowiczowskiej niedojrzałości. Pokazywania dorosłemu światu swojej niedojrzałej gęby, pokazywania języka, a nie uprawianie jakiejkolwiek polityki. Zachowanie Korwina i jego zwolenników przypomina opisywany przez Tyrmanda świat bikiniarzy, którzy nie godzili się na rzeczywistość lat 50-tych w pewien specyficzny sposób, okazując swój sprzeciw poprzez noszenie czerwonych skarpetek, czy wyśmiewając się z ówczesnej rzeczywistości. To postawa demonstrowania swojej wyższości i niezgody, ale tak naprawdę swojej pozornej niezgody na ówczesna rzeczywistość. Bo z tego pokazywania języka, czy demonstrowania swojej odmienności nic dokładnie nie wynikało. Takie zachowanie miało na celu tylko szokowanie publiczności i to szokowanie wówczas właściwie zupełnie bezpieczne, w porównaniu z ówczesną niezgodą na istniejący system. Miało wzbudzić zainteresowanie i podziw, a nie zmianę ówczesnej rzeczywistości. Przykładem takiego zachowania jest obecnie start do parlamentu europejskiego. Korwin nie ukrywa że jego celem jest ośmieszanie Unii Europejskiej, a zatem tylko szukanie sceny dla swoich wyskoków, sceny o dość szerokim rezonansie. Ale bez względu czy jest się zwolennikiem, czy przeciwnikiem Unii, jest ona zjawiskiem poważnym i polski interes narodowy wymaga przede wszystkim właściwego zdefiniowania naszych interesów, ich obrony i szukania sojuszników do ich realizacji. Natomiast miejscem ośmieszania rzeczywistości politycznej, nie jest parlament, a sala kabaretowa, gdzie najlepiej powinien się czuć Janusz Korwin Mikke. Dlatego jego zwolennikami, oprócz młodzieży, która poważnie traktuje jego wypowiedzi, jest istniejący w Polsce elektorat nihilizmu narodowego, sprowadzający życie publiczne do absurdu. Nic też dziwnego, że Korwin znajdował zrozumienie nawet z Palikotem, którego komplementował. Narzędziem jego ideologii jest opaczne rozumienie logiki. Bo prawdą jest, że po za logiką jest tylko absurd, ale do absurdu prowadzi także formalnie poprawne rozumowanie, ale wychodzące z fałszywych, czy niepełnych przesłanek. I właśnie siła i urok Korwina polega na tej pozornej logice, logice fałszywych, czy niepełnych przesłanek. Ta fałszywa logika znakomicie nadaje się do rozśmieszania widowni, ale nie do uprawiania polityki traktowanej poważnie. Dlatego sondażowa popularność Korwina świadczy o dość głębokim kryzysie życia publicznego, nie tylko kryzysie patriotyzmu, ale także o nihilizmie części opinii publicznej.
Właściwym miejscem działalności Janusza Korwina Mikke powinien być kabaret, bo w tym zakresie wykazuje dość spory talent. Niestety, w przeciwieństwie do innych artystów tego gatunku nie ogranicza się do sceny kabaretowej, ale pragnie błyszczeć na forum publicznym. Zgodnie ze swoją ideologią, która traktuje państwo jako zło, co prawda uznawane za konieczne, ale zawsze zło, postanowił systematycznie ośmieszać jakiekolwiek poważny stosunek do własnego państwa. Zaś patriotyzm, czyli dążenie do rozwoju i wzmocnienia własnego państwa sterować w kierunku cynizmu i nihilizmu. Dla znacznej części opinii publicznej, Janusz Korwin Mikke jest traktowany z przymrużeniem oka. Przychodzą na jego spotkania, śmieją się z jego wypowiedzi i zachowują się mniej lub bardziej racjonalnie. Natomiast dla części młodych ludzi, Korwin staje się wyrocznią i jest tą wyrocznia najczęściej przez kilka lat, aż dojrzeją, że świat jest bardziej skomplikowany i bardziej poważny, niż w Korwinowej ideologii. Wtedy odchodzą albo zupełnie z życia publicznego, albo przyjąwszy egoistyczna antropologie indywidualizmu dryfują w kierunku lewicującej PO. Dlatego warto dostrzec to co jest rzeczywiste w jego kontrkulturowej propozycji, że poza egoistycznym i materialistycznym, światopoglądem, mamy do czynienia z pozornym buntem, buntem czerwonych skarpetek i pokazywaniem języka, że jest to właściwie tylko współczesna forma bikiniarstwa, równie jałowa, jak poprzednia i równie mało intelektualnie atrakcyjna.
W jednym natomiast należałoby się zgodzić z Korwinem, a mianowicie w jego stosunku do jednej z kategorii niepełnosprawnych, o której on jednak nie wspomina, a którzy moim zdaniem nie powinni pokazywać się publicznie. Chodzi o niepełnosprawnych moralnie. Bo to jest jedyny rodzaj niepełnosprawności, który dyskwalifikuje. Niestety przykro stwierdzić, ale wypowiedzi Korwina pełne pogardy, obrażające niepełnosprawnych ,sytuują go właśnie wśród tej kategorii niepełnosprawnych moralnie, jedynych dla których nie powinno być miejsca na publicznej scenie.

Autor: Marian Piłka, historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej,
Źródło: Prawica Rzeczypospolitej

czwartek, 2 stycznia 2014

To idzie gender, gender, gender...

Tak już jesteśmy skonstruowani, że w naturalny sposób poszukujemy stabilnych punktów odniesienia. Chcemy, aby naszym  zachowaniem  rządziły  obiektywne  normy, proste i prawdziwe zasady. Ale czasami sprawy się komplikują...

Oto ledwie w Europie zakończyła życie jedna ideologia, to już coraz głośniej tupie buciorami nowa, tak na marginesie, wywodząca się z tego samego korzenia - "szczęście możliwe  jest  tylko  wtedy,  gdy wyrwiemy się z pancerza społecznych stereotypów i norm". I tak jak poprzednio bogatych przeciwstawiano biednym, tak teraz ideologia na swój celownik wzięła płeć... Jak już iść, to na całość. Co tam jakieś poboczne różnice, co tam bogactwo czy bieda - sięgnijmy po samą istotę! Tak naprawdę różnimy się przede wszystkim tutaj - w naszej płciowości.
Konsekwencje tego są tak dalece idące, że przeciętny zjadacz chleba nawet myśleć o tym nie chce. No bo co to znaczy, że mamy zlikwidować  różnicę? 
To coś, co od zawsze było elementem wprowadzającym do ludzkiego życia niezwykły dynamizm, co sprawiało, że nasze relacje były zawsze cudownie pokomplikowane... No bo który mężczyzna tak naprawdę zrozumie kobietę i wzajemnie? 

Społeczni inżynierowie widzą tu jednak coś innego. Płeć jest narzędziem nie tylko nierówności,  jest  podstawową  opresją   tego  świata.  To  różnica   między  mężczyzną i kobietą jest praprzyczyną wszelkiej mizerii tego świata. I gdyby to nie było straszne, to zawołalibyśmy za klasykiem: "Samiec Twój wróg!!!". 

Dobra, żarty na bok. Zastanówmy się poważnie o co chodzi dzisiejszym genderystom. Jakie są ich główne cele i jakie stosują strategie do ich realizacji. Ich droga jest już wcześniej wypróbowana, zmieniła się jedynie treść niesionego szaleństwa. Jak zawsze swoje cele realizować chcą krok po kroku, powoli, ale nieustannie.

Krok pierwszy: nie ma obiektywnej prawdy.
W każdym z nas żyje odrobina buntownika. Im jesteśmy młodsi, tym więcej miejsca w naszym życiu ten buntownik zajmuje. Przecież jest naturalnym to, że na pewnym etapie naszego życia bierzemy się za bary z nawet najbardziej obiektywnymi prawdami. Młody człowiek ma do tego prawo, to jego droga do spersonalizowania tego, co otrzymał w "prezencie" od wcześniejszych pokoleń. Najpierw muszę prawdę zanegować, potem sprawdzić, dopiero w końcu, ostatecznie przyjąć ją za swoją. Iluż z nas przeszło tę bolesną drogę...? 

Ale to właśnie w tę potrzebę uderzają genderyści. Nie ma prawd obiektywnych! Nawet to, co wydaje się poza dyskusją, moja płeć, także może, a nawet powinna być zakwestionowana. Bo niby dlaczego jedynym wyznacznikiem płci ma być biologia? A gdzie ludzka psychika? No i tu się zaczyna... Biologiczna płeć, coś, co było dotąd dla społeczeństw sprawą niepodważalną właśnie zostało podważone. Oto pojawia się nowy termin - tożsamość płciowa. Bo w sumie "nikt nie rodzi się kobietą (ani mężczyzną). Kobietą (mężczyzną) się staje". Płeć jest przede wszystkim sprawą psychologii, socjologii i kultury. Tak więc każdy z nas może zdecydować o tym, kim jest - kobietą, czy mężczyzną.

Jeżeli zrozumiemy tę prawdę, to zaczynamy rozumieć otchłań szaleństwa. Nie ma już miejsca dla małżeństwa mężczyzny i kobiety. Bo mężczyzna i kobieta jakich znamy przechodzą do przeszłości. Małżeństwem może być związek... każdego z każdym. Oby tylko zadeklarowali właściwą tożsamość płciową.
Ale szaleństwo pędzi dalej. Nie ma obiektywnych prawd! A więc niby dlaczego małżeństwo ma być instytucją mężczyzny i kobiety (jakkolwiek ich już nie rozumiemy)? Przecież poza tożsamością płciową istnieje jeszcze orientacja seksualna. Pamiętacie? Obiektywna prawda została już zakwestionowana. A więc droga otwarta do wszelkich "małżeństw". Heteroseksualiści? Niech sobie żyją. Ale niech pamiętają, że inni mają takie same prawo do równego funkcjonowania w społeczeństwie. I do dzieła, pederaści, lesbijki, biseksualiści, transwestyci i kto tam tylko chce - łączcie się jak chcecie. Właściwie dlaczego jedynie w pary? A trójkąty, czworokąty, a nawet bardziej zawiłe figury geometryczne? Nie ma obiektywnej prawdy...
I to już jest koniec rodziny jaką znamy dzisiaj, to koniec społeczeństwa, jakie jeszcze dzisiaj funkcjonuje. To koniec naszej cywilizacji...

Krok drugi: nie ma obiektywnej normy i prawa, które do tej normy mogłoby się odnosić. W sumie jest to logiczne - jak może istnieć obiektywna norma, gdy już prawda została zakwestionowana. 
Każdy z nas żyje wg własnej normy, a Państwo nie jest zobowiązane do strzeżenia żadnej obiektywnej normy. Oprócz jednej - normą jest tylko to..., że nie ma żadnej innej normy. I wchodzimy w etap totalnego nihilizmu, społecznej deprawacji i degrengolady. Prawa znane dzisiaj stają się anachronizmem. Nie ma ochrony małżeństwa i rodziny, no bo... nie ma czego chronić.
Już dzisiaj niektóre społeczeństwa na tym etapie się znalazły. W Polsce już od lat trwają wytrwałe próby, aby powoli ten stan wprowadzić. Krok do przodu, dwa do tyłu, ale ciągle mieszamy w głowie. Na razie jeszcze to "ciemne społeczeństwo" wszystkiego nie pojmie, więc mowa jedynie o równości, o różnych rolach, jakie mogą pełnić kobiety i mężczyzny. Powolutku eksperymentuje się w przedszkolach i szkołach, bo przecież to młode pokolenie ma być "awangardą wielkiej rewolucji". Na razie ciągle jeszcze za dużo tam wpływu katoprawicy, kleru i ciemnych rodziców, ale powolutku, krok po kroku... Jakoś zneutralizuje się Kaję Godek czy Elbanowskich. Inżynierowie społeczni są cierpliwi. Mają czas i pieniądze, mają poparcie władzy, mają nawet Panią Minister od Równania Wszystkiego ze Wszystkim. Ciągle jeszcze nie mają nas...

Krok trzeci: państwa i organizacje międzynarodowe są zobowiązane do tego, aby powyższe kroki bezwzględnie wprowadzać w życie. 
Nie wystarczy zadekretować, nie wystarczy pozbyć się dzisiejszych praw i wprowadzić nowe. Trzeba je jeszcze twardą ręką wprowadzać! Chce Afryka pieniędzy? Dostanie, a jakże. Ale najpierw niech właściwe "porządki" zrobi u siebie. Chcecie pieniądze od Cioci Unii? Marzy Wam się jakaś autostradka? Da się zrobić, ale najpierw parę kodeksów trzeba zmienić. I oto ONZ, Unia Europejska i wszystkie ich przybudówki stają się batem w ręce społecznych manipulatorów. Oni cierpliwie, tutaj mocniej, tam delikatniej swoje robią. Już robią! A na oporne społeczeństwa będą czekać. Zmienią się władze, dorośnie nowe, "poprawione" pokolenie, będzie dobrze. Będzie idealnie!
Nastanie era powszechnej szczęśliwości, gdzie nie będzie "tyranii prawdy", gdzie jedynym tyranem będzie ten, kto powie, że istnieje prawda obiektywna, że powinna być obiektywna norma i wynikające z niego prawo. I takiego tyrana będzie się niszczyć, medialnie, społecznie, a w końcu za pomocą prawa. Bo przecież "nie ma wolności dla wrogów wolności!" Przecież areszty i więzienia też są dla ludzi, no nie?

----------------------------------------------------------------------------

Tekst ten dedykuję wszystkim tym z nas, którzy traktują gender jako straszak, czarnego luda. Tym, którzy wołają: "Dajcie już spokój z tym gender... Przecież nie może być aż tak źle, jak o nich mówicie!"

Otóż może i będzie. I jest jeden sposób, aby tak się nie stało, aby ta roztoczona powyżej wizja nigdy się nie ziściła. Potrzebna nam wszystkim społeczna aktywność, społeczne działanie, zepchnięcie tych szaleńców do totalnej defensywy! Dlaczego mamy nie mówić, że normalne jest normalne? Dlaczego mamy pozwalać na to, aby ktoś ze skrzywioną psychiką wychowywał nasze dzieci? Jeszcze jest pora. To my jesteśmy znacznie silniejsi, to my kształtujemy  dzisiejsze społeczeństwo. Ale jeżeli usiądziemy na kanapach, weźmiemy do jednej ręki puszkę piwa, a  do drugiej telewizyjnego pilota..., to samo się nie zatrzyma. 
Genderyści tak naprawdę mocni są jedynie naszą słabością. Więc nie prześpijmy przyszłości.

środa, 1 stycznia 2014

Dziedzictwo Dmowskiego

Żyjemy w czasach dekadencji, w czasach upadku zasad, norm, moralności, kryzysu kultury narodowej i patriotyzmu. Żyjemy w czasach, gdy rząd Rzeczpospolitej prowadzi politykę likwidacji atrybutów suwerenności naszego państwa i przekazywania ich Unii Europejskiej. W czasach, gdy ta polityka prowadzona jest pod osłoną pastiszowego patriotyzmu prezydenta Komorowskiego, patriotyzmu sprowadzonego jedynie do fetowania przeszłości i udawania, że neoluksemburgizm byłby szczytem marzeń Piłsudskiego czy Dmowskiego. Żyjemy w czasach, gdy od polskości traktowanej jako nienormalność, Polacy uciekają, dowartościowując się patriotyzmem europejskim, tak jakby można byłoby być Europejczykiem, nie będąc Polakiem, Niemcem czy Hiszpanem. 
Koncepcja europejskiego patriotyzmu, jako wyzwolenia z ograniczeń patriotyzmu narodowego, jego dziedzictwa, tradycji, tożsamości, odzwierciedla raczej parweniuszowskie fobie i kompleksy, niż uczestnictwo w europejskiej cywilizacji. Nasza cywilizacja jest zapierającym dech w piersiach wspaniałym witrażem, mieniącym się różnokolorowym barwami rozświetlanymi światłem Ewangelii, a nie zuniformizowaną jednostajnością charakterystyczną dla wykorzenienia kulturowego. Koncepcja wyzbycia się własnej tożsamości owocuje bowiem nie perspektywą współtworzenia europejskiej cywilizacji, ale perspektywą "zmywaka" w Londynie, jako przedmiotu naszych aspiracji i naszego miejsca we "wspólnym europejskim domu". Polityce wyzbywania się narodowych aspiracji i likwidowania kolejnych atrybutów suwerenności naszego państwa towarzyszy demoralizacja społeczna, narodowe samobiczowanie, pedagogika narodowego wstydu i dominacja wszechogarniającego kiczu nie tylko w zakresie estetyki, ale w całym publicznym życiu. A medialnymi autorytetami tego kiczu stali się krawcy, kucharze, komedianci, Olejnik, Środa i Lis.

Żyjemy w czasach, które chyba najtrafniej oddaje Poeta:
"W mieście wybuchła epidemia
instynktu zachowawczego
świątynię wolności
zamieniono na pchli targ
senat obraduje
jak nie być senatem
obywatele nie chcą się bronić
uczestniczą na przyspieszone kursy padania na kolanach (...)
otworzyli bramy
przez które wchodzi teraz
kolumna piasku."

Upadek zachowań obywatelskich, wartości i kryzys patriotyzmu, tak charakterystyczny dla wykorzenionych postkomunistycznych społeczeństw, a zwłaszcza dla ich pseudoelit, zaczyna budzić coraz szerszy opór w narodzie, który współtworzył i bronił europejskiej cywilizacji. Dla młodego pokolenia, wychowanego już w Polsce niepodległej, te kompleksy i fobie społeczeństwa postkomunistycznego wywołują zdecydowany sprzeciw. Dla niego nie jest przykładem postawa Katona Młodszego, dla którego jedynym sprzeciwem wobec zachodzącego słońca Republiki była samobójcza śmierć.To pokolenie czuje swoją wartość, godność swej narodowej tożsamości, nie godzi się na politykę rozpływania się w europejskiej dekadencji, nie chce uczestniczyć w bagnie współczesnej demoralizacji i wykorzenieniu. Ma poczucie swojej siły i witalności i pragnie walczyć o godne miejsce naszej Ojczyzny we współczesnej rzeczywistości. Nic też dziwnego, ze szuka wzorców, szuka bohaterów, szuka poczucia wielkości i chwały w naszym historycznym dziedzictwie. Szuka przede wszystkim w tradycji obozu narodowego, w myśli politycznej Dmowskiego i jego dziedzictwie.

W ostatnich dekadach w badaniach dorobku wielkich myślicieli i twórców obserwujemy odwrót od dominacji badań historyczno-filologicznych. Dziś raczej nie koncentrujemy się na filologicznych interpretacjach tropów, znaczeń, czy historycznych uwarunkowaniach wielkich dzieł. Dziś raczej czytamy Platona, Arystotelesa, św. Augustyna, św. Tomasza, czy Shakespeare'a ciekawi, co mają do powiedzenia o naszej współczesności. Ich myśli pomagają bowiem zrozumieć nas samych, nasze miejsce w historii i tym samym zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość. Jest to podejście twórcze i inspirujące. Ich obecność we współczesnej debacie, jest jak powiew świeżego powietrza w dotychczasowej dusznej atmosferze współczesnych sporów i kłótni. Pozwala odetchnąć i zobaczyć naszą rzeczywistość nie w perspektywie małych gierek, a w perspektywie transcendencji, w perspektywie historii, tego, co naprawdę ważne.
I dziś ta perspektywa obecności w debacie wielkich twórców naszej cywilizacji jest także przenoszona na polityków i twórców myśli politycznej. Problem w tym, ze myśl polityczna, jeżeli nie jest to filozofia polityczna, jest silnie naznaczona piętnem swej historyczności. Jest znakiem swojego czasu, tego, co dla tego czasu charakterystyczne, a zatem przemijające. Myśl polityczna, podobnie - i tu przepraszam za trywialne porównanie - jak satyra polityczna, szybko się starzeje. Gdy mija czas związany z myślą o którym była tworzona, staje się ona w najlepszym razie szacownym zabytkiem, świadectwem przeszłości, dziedzictwem odkurzanym z racji czczenia narodowych rocznic. Na ogół niewiele, a czasami nic nie ma nam do powiedzenia o naszej przeszłości. Archaizm, czyli kopiowanie starych rozwiązań, nie jest bowiem twórcze kulturowo, Jak mówi Arnold Toynbee, jest to fałszywa odpowiedz na współczesne wyzwania. 
W tym sensie też nawiązywanie środowisk narodowych w nazwach do Stronnictwa Narodowego, Młodzieży Wszechpolskiej, ONR-u, czy Narodowych Sił Zbrojnych, choć zrozumiałe w sensie poszukiwania własnej tożsamości, ma w sobie więcej z postawy grup rekonstrukcyjnych, niż z żywej kontynuacji.

A przecież Dmowski nie zalecał ortodoksyjnego trzymanie się litery jego publicystycznej twórczości. Twórczość ta w swojej przeważającej mierze - z wyjątkiem "Myśli nowoczesnego Polaka" czy broszury "Kościół, Naród, Państwo" - zawierającej wiele ciekawych myśli dotyczących kształtu patriotyzmu i polskiej tożsamości - jest dziś martwa w sensie odpowiedzi na współczesne wyzwania. Nie da się jej transponować na dzisiejsze czasy. To co Dmowski pozostawił ciekawego, to szkoła politycznego myślenia, szkoła, która przygotowała nie tylko działaczy politycznych, ale i polskie społeczeństwo do odzyskania niepodległości, była potężnym impulsem kulturotwórczym, by wspomnieć tylko Wyspiańskiego, Roztworowskiego, czy grupę "Sztuki i Narodu", szkoła, która zdała egzamin w tragicznym okresie okupacji niemieckiej i początkowym okresie komunistycznego zniewolenia. Szkoła Dmowskiego, to obok szkoły galicyjskich konserwatystów, jedyne szkoły polityczne w naszej historii. Ale jest to szkoła historyczna, szkoła bez kontynuacji, a jej adepci nadal się szkolą w tym, co było ważne, przed I wojna światową, czy w II Rzeczpospolitej i w jakiś sposób próbują przenosić to w czasy współczesne. To szkoła, która dziś cierpi na syndrom "wiecznego studenta" stale konfrontująca obecną rzeczywistość z tym co było ważne w czasach bezpowrotnie minionych. A przecież Dmowski nie był antykwarystą, a tym bardziej talmudystą zalecającym ortodoksyjne trzymanie się jego tekstów. Szkoły maja to do siebie, że przychodzi czas, gdy się je kończy i trzeba samemu stanąć w obliczu nowych wyzwań. I samemu dać na nie nowe odpowiedzi.


Otóż to, co w dorobku Dmowskiego żywe i twórcze, to jego metoda i pierwotne założenia. Uważał on,
i to jest ważne i twórcze także dziś, że podmiotem polityki i historii są narody. To nie szersze czy większe struktury polityczne, a narody są podstawowymi strukturami warunkującymi rozwój duchowy człowieka
i będącymi płaszczyzną duchowej i politycznej tożsamości. To narody stworzyły wielkość naszego kontynentu 
i zakwestionowanie ich podmiotowości jest jednym z najważniejszych przejawów współczesnej dekadencji. To naród musi być suwerenem. Naród może współpracować z innymi narodami w wykonywaniu swej suwerenności, ale nie może jej się wyzbywać, rezygnować. To w suwerenności przejawia się jego tożsamość, jego wolność
i godność. Narody godzące się na ograniczanie swojej suwerenności nie są godne istnienia, stają się mierzwą, na której rozkwitają inne narody. Obrona własnej suwerenności to podstawowy dogmat szkoły Dmowskiego, dogmat nadal żywy, twórczy i inspirujący.


Ale to, że naród jest podmiotem historii i polityki nie znaczy, że mamy przyjmować jego koncepcje narodu. Dmowski był pozytywistą i biologiem. Jego widzenie narodu, to uznanie - charakterystyczne dla tamtego czasu - politycznego darwinizmu za rzeczywistość. Koncepcja nieusuwalnego konfliktu pomiędzy narodami, choć bliska realizmowi, i naznaczona "duchem" czasu, nie powinna nas zadowalać. Zawiera bowiem w sobie pewien pozytywistyczny fałsz wynikający z redukcjonizmu epistemologicznego właściwego tej doktrynie. Sam Dmowski próbował go przezwyciężyć w broszurze "Kościół, Naród, Państwo", ale jest to"przezwyciężenie" socjologiczne. Dmowski pisze o katolicyzmie, jako istocie polskości. Tymczasem wartość katolicyzmu nie sprowadza się tylko do jego tożsamościowego znaczenia w definicji polskości. Chrześcijaństwo jest wyrazem prawdy i w świetle tej prawdy należy widzieć miejsce i rolę narodów w ogólnoludzkiej wspólnocie.To uniwersalna prawda powinna wyznaczać miejsce narodów w uniwersalnym ładzie i ich misję.To nie darwinowska koncepcja walki o przystosowanie, a chrześcijańska koncepcja ogólnoludzkiego porządku ordo caritatis powinna wyznaczać charakter narodowej polityki. I choć Dmowski doszedł do tego, że religia powinna być celem polityki, to ta myśl, w moim przekonaniu, nie została przetrawiona w obozie narodowym. Dlatego dziś najwłaściwszą formułą ruchu narodowego, to formuła chrześcijańsko-narodowa. To nie tylko postulat teoretycznego rozumu rozpoznającego metafizyczną rzeczywistość. To także wyzwanie współczesności, w której cywilizacja chrześcijańska została zakwestionowana we współczesnej Europie i jest z premedytacją niszczona. Mamy bowiem do czynienia z antycywilizacyjną rebelią wojującego laicyzmu, niszczącego europejską cywilizację i chrześcijańską tożsamość narodów, zagrażającą także naszemu narodowi. Dlatego misją naszego narodu jest obrona cywilizacji chrześcijańskiej w Europie, jest organizacja chrześcijańskiej opinii w walce z laickim nihilizmem. To wyzwanie, którego nie jest w stanie zidentyfikować pozytywistyczna doktryna narodu i dlatego obóz narodowy musi rozpoznać się w świetle chrześcijańskiego uniwersalizmu. Ponadto, to właśnie chrześcijaństwo usensownia nasze życie dając duchową i moralną siłę do przeciwstawienia się współczesnym zagrożeniom.

To co twórcze w szkole Dmowskiego, to jego metoda. Czytając Przegląd Wszechpolski widzimy, jak z wielką wnikliwością twórcy Narodowej Demokracji badali sytuację naszego narodu. Ich analizy budzą do dziś niekłamane uznanie dla systematyczności rozpoznawania rozwoju narodowego.I ta metoda systematycznego badania i analizowania aktualnego stanu kondycji narodu i wyprowadzania z nich narodowych celów, jest dziś chyba najbardziej niedocenionym wkładem Dmowskiego i jego współpracowników w rozwój myśli politycznej. Bowiem dziś twierdzi się na ogół, że jaka jest kondycja narodu, to wszyscy wiemy. "Jaki koń jest, każdy widzi" chciałoby się powiedzieć. Otóż wbrew temu przekonaniu, doświadczenie historyczne wskazuje, że punkty zwrotne w historii, o ile nie są to wojny czy rewolucje, są na ogół niedostrzegane. Zmiany w politycznej rzeczywistości są na ogół dostrzegane dopiero wtedy, gdy są już oczywistością, gdy nie można nimi już sterować. Przykładem są galicyjscy konserwatyści zapatrzeni w swe możliwości i formuły wypracowane jeszcze w latach 60-tych XIX wieku. W latach 90-tych tego wieku i następnej dekadzie nie dostrzegli umasowienia się społeczeństwa polskiego. W rezultacie z najważniejszego obozu galicyjskiego, stoczyli się do lobby w głównych obozach politycznych w okresie międzywojennym. Tymczasem jeszcze praca Popławskiego i Dmowskiego rozpoznała ten proces i starała się umasowieniu ówczesnego społeczeństwa nadać charakter jego unarodowienia. I to była największa, obok przygotowania kadry niepodległościowych działaczy, zasługa Narodowej Demokracji przed I wojną światową.
Ten ogromny wysiłek intelektualny, ta metoda rozpoznawania narodowej kondycji nie był przez powojenne środowiska narodowe, zdziesiątkowane, ale nadal liczne, doceniony i kontynuowany. Komunistyczny terror zamknął te środowiska w przekonaniu o konieczności zachowania dziedzictwa Narodowej Demokracji, ale nie rozwijał go twórczo. Rzeczywistość ma to do siebie, że stale się zmienia, nawet wówczas, gdy nie jest dostrzegana gołym okiem. Ale wnikliwe obserwacje pozwalają odkrywać zmiany i nowe trendy. Zapoznanie tej metody systematycznego analizowania zmian na narodowym firmamencie zaowocowało niedostrzeżeniem przez środowiska narodowe przeobrażeń lat 70--tych ubiegłego stulecia, pozwalając środowiskom rewizjonistycznym na przejęcie inicjatywy w poszerzaniu wolności w naszym kraju. W efekcie owego zaniedbania do dnia dzisiejszego płacimy dominacją nihilistycznej lewicy w życiu publicznym. W ostatnich dekadach przykładem takiego braku rozpoznania wyzwań jest katastrofa demograficzna o konsekwencjach najprawdopodobniej porównywalnych do tragedii rozbiorów. Poza środowiskami skupionymi dziś w Prawicy Rzeczypospolitej, to narodowa katastrofa, choć dostrzegana, nie wywołała reakcji na miarę zagrożenia. We współczesnych środowiskach nawiązujących do tradycji narodowej demokracji dominuje kompleks "wiecznego studenta", to znaczy rozpoznawanie współczesnej rzeczywistości w kategoriach z przed I wojny światowej czy z okresu II Rzeczpospolitej. W przeciwieństwie do twórców tego obozu, do dziś nie ma tego tego ruchu intelektualnego, który stworzył podstawy wielkości Narodowej Demokracji. Same protesty i manifestacje są jedynie namiastką i nie zastąpią dojrzałej myśli politycznej.

Odrzucając redukcjonizm epistemologiczny pozytywistycznej metody, systematyczny wysiłek intelektualny ma zasadnicze znaczenie w budowaniu przywództwa narodowego. Bo czym jest obóz narodowy? Niewiele on ma wspólnego z współcześnie definiowaną partią polityczną. Współcześnie bowiem definiuje się partie, jako organizacje dążącą do zdobycia władzy. Tak rozumiana partia za główny swój cel uważa zdobycie i utrzymanie władzy, ale z przywództwem narodowym niewiele to ma wspólnego. Jej celem podstawowym jest bowiem nie przywództwo narodowe, a delegitymizacja konkurencji. Życie polityczne zamienia się nie w debatę publiczną o realizacji narodowych celów, a w arenę, na której walczą wrogie sobie plemiona, wyniszczając nie tylko siebie, ale zaprzepaszczając czas, w którym należy realizować narodowe cele. Przywództwo narodowe, to przede wszystkim systematyczne rozpoznawanie i hierarchizowanie narodowych wyzwań i zagrożeń. To definiowanie odpowiedzi na te wyzwania i organizowanie sił politycznych do ich realizacji. Nie ma przywództwa bez intelektualnego rozpoznania i wysiłku. I przywództwo, to zadanie w każdej sytuacji. Obóz narodowy pełnił taką role przed I wojną, w czasie wojny i po wojnie. Przywództwo narodowe należy także pełnić w warunkach opozycji. Sprawowanie władzy ułatwia jego pełnienie, ale nie determinuje. To wskazywanie narodowi celów i kierunków narodowego rozwoju, a nie tylko zwalczanie wroga w oligarchicznym starciu współczesnych partii politycznych. Dziś w Polsce mamy do czynienia z zupełną zapaścią narodowego przywództwa, a polityka państwa zredukowana została często do antynarodowej polityki. Obecne przywództwo państwowe cierpi na swoisty autyzm intelektualny, na niezdolność do rozpoznania narodowej kondycji, a akceptacja traktatu lizbońskiego, pakietu klimatyczno-energetycznego, paktu fiskalnego, czy polityka zgody na federalizacje Unii jest zaprzeczeniem nie tylko narodowego przywództwa, ale są to działania ewidentnie w interesie obcych interesów i obcych państw.

Dlatego zasadniczym obecnie celem jest unarodowienie naszego państwa i jego polityki. To unarodowienie, to nie tylko przeciwstawienie się satelickiej polityce wobec zachodniego sąsiada i eliminacja polityki wyzbywania się niepodległości państwowej. To przede wszystkim odbudowa narodowego przywództwa, przywództwa zdolnego do zmierzenia się z zasadniczymi wyzwaniami, takimi jak katastrofa demograficzna odbudowa patriotyzmu jako podstawy narodowego życia, unarodowienie gospodarki i budowanie rodzimej przedsiębiorczości, czy wspomniana wyżej obrona chrześcijańskiej cywilizacji. Unarodowienie polityki, to nie próby legitymizowania przez narodowców, czy to komunistycznej dyktatury, czy pastiszowego patriotyzmu prezydenta Komorowskiego. Jak wnikliwie zauważył Arystotels w Etyce Nikomachejskiej, godziwa polityka może zostać stworzona przez godziwych obywateli. Wśród niegodziwych polityków i ich partii nie narodzi się narodowa polityka, dlatego jedynie słuszna wobec nich postawa, to eliminacja ich wpływu na narodowe życie. Nie znaczy to, że ten proces będzie miał charakter szybki i rewolucyjny. To raczej stopniowy proces, który powinien mieć jasno wytyczony cel. Wyzwaniem dla marszu niepodległości powinno być hasło "obronimy naszą niepodległość". Dziś największym zagrożeniem narodowej przyszłości są rządy PO i ich eliminacja jest warunkiem wstępnym i koniecznym procesu unarodowienia państwa.

Żyjemy w czasach upadku, upadku cywilizacji europejskiej i upadku ekonomicznego i politycznego znaczenia Europy. Te procesy dekadenckie zagrażają naszemu krajowi i dezorganizują nasze życie narodowe. Żyjemy bowiem w czasach ostatecznych, nie w sensie eschatologicznym, ale cywilizacyjnym, gdy cywilizacja chrześcijańska, która stworzyła wielkość naszego kontynentu przeżywa śmiertelne zagrożenie. Jeżeli nie obronimy się tym procesom, to naszego narodu i naszego kontynentu nic nie uchroni przed cywilizacyjnym unicestwieniem. Dlatego przeciwstawienie się tym procesom wymaga nie tylko męstwa, którego w zdewastowanym komunizmem naszym narodzie nie ma zbyt wiele. Wymaga przede wszystkim racjonalnej nadziei, która będzie motorem odrodzenia naszego narodu. Dziś wszystkie długofalowe trendy są zatrważające. Jako naród, przy tym wzroście, a raczej spadku urodzeń, możemy za trzy pokolenia stanąć przed rzeczywistością jego zupełnego rozpłynięcia się wśród innych narodów. To pytanie, czy to dziedzictwo, które nasz naród przez ponad tysiąc lat tworzył, ma zniknąć czy też może być chlubnie kontynuowane. To pytanie czy chcemy żyć jako naród? I tu cień szansy daje geopolityka. Dziś Polska leży na marginesie upadającego imperium europejskiego i upadającego imperium rosyjskiego. Procesy upadku imperiów, to procesy długiego trwania. Ale Polska ma dziś analogiczne położenie do pozycji Moskwy w imperium tatarskim, czy położenia Prus na marginesie upadającej Rzeczypospolitej. Oba te państwa potrafiły uzyskać wewnętrzną sterowność i podmiotowość wobec dominujących państw i krok po kroku budować swoją podmiotowość
i niezależność oraz uniezależnić się od procesów dezintegracyjnych w ich sąsiednich imperiach, a następnie na ich gruzach stworzyć własną wielkość. Potrafiły korzystać z możliwości, jakie płynęły z otwartości upadających państw, a jednocześnie nie dały się obezwładnić procesom dekadenckim. My dziś jesteśmy w analogicznej sytuacji. To, co nas różni, to fakt, że oba aspirujące państwa miały narodowe dynastie zdolne do narodowej polityki. Odpowiednikiem tych dynastii może być świadomy swych celów naród. Dlatego odrodzenie patriotyzmu jest kluczem do sprawy polskiej. Jest jedyną szansą uniknięcia śmiertelnej dekadencji.

Geopolityka Dmowskiego jest dziś martwa, ale jego przekonanie, że najważniejsze jest bezpieczeństwo narodu, które jest uwarunkowane geopolitycznie, wskazuje drogę naszego intelektualnego i politycznego rozpoznania i szukania nadziei, która jest potężnym czynnikiem mobilizacyjnym. Geopolityczne ukierunkowanie myśli Dmowskiego jest więc inspiracją do naszych odpowiedzi na współczesne wyzwania. To w geopolityce należy dziś także szukać intelektualnej nadziei pozwalającej na przezwyciężenie kryzysu patriotyzmu i zbudowania racjonalnego posłannictwa naszego narodu we współczesnej Europie. Pozwala nam znaleźć promyk nadziei, że dzięki narodowemu odrodzeniu jest perspektywa przezwyciężenia zagrożeń i zbudowania podstaw pod narodową wielkość. Bo dla nas to Polska jest wielką rzeczą i jej powinniśmy służyć.

Wielkość Dmowskiego nie polega tylko na jego historycznych dokonaniach, nie na tym, ze jest szacownym zabytkiem, czy mumią okadzaną z okazji rocznicowych uroczystości, ani też dlatego, ze służy jako sztandar tym, którzy szukają swego miejsca w polityce. Wielkość Dmowskiego polega na tym, ze możemy dziś toczyć z nim dialog, a nawet spory o przyszłość Polski, że jest inspirujący w naszych zmaganiach o przyszłość Polski.

Autor:  
Marian Piłka,
historyk, Wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

poniedziałek, 23 lipca 2012

Ślubuję Ci wierność...


"... ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci."

Nieustannie należy powtarzać, że moje małżeńskie ślubowaniem jest aktem jednostronnym, czyli bezwarunkowym. Trudne. Tylko dla orłów. :)

Ale idźmy dalej. "...ślubuję Ci wierność..." - znowu przeciętny "zjadacz chleba" powie, że wszystko jasne. Dzisiejszy młody żonkoś tę część przysięgi rozumie jako zobowiązanie się do tego, że nie będzie miał innych kobiet "na boku". Taki jest serialowy świat, taka jest nasza obrazkowa, bezrefleksyjna cywilizacja...

Ale "...ślubuję Ci wierność..., to oczywiście ślubowanie czegoś zupełnie innego. Wierność to postawa "przylgnięcia" do kogoś, czasami czegoś. Wierność małżeńska, to postawa, w której chcę "przylgnąć" do mojej małżonki tak, aby zawsze dla mnie była najważniejsza, pierwsza.

Gdybyśmy słowa małżeńskiego ślubowania mogli zamienić, to mogłyby one brzmieć: "ślubuję Ci, że zrobię wszystko, abyś to TY zawsze była na pierwszym miejscu w moim życiu. Abyś to Ty była najważniejsza..." Wydaje się proste. Ale prostym nie jest.

W życie małżeńskie co jakiś czas wpełza niewierność. I to nie ta serialowo-pościelowa. Niewierność rozumiana jako przyzwolenie na to, aby jakaś sprawa, jakaś pasja, jakaś osoba przysłoniła mi moja relację z małżonką. Tak dokonuje się pierwszy krok w niewierności. Coś lub ktoś staje się pierwszym w moim życiu, relacja z małżonką schodzi na drugi plan. Jeżeli szybko nie rozpoznam tej choroby, to czeka nas ciężkie doświadczenie niewierności małżeńskiej, bo słabości mają zwyczaj się rozrastać, jak chwasty, ich nie trzeba pielęgnować...

Bardzo mocno uderzyła mnie niedawna historia. Oto pewna osoba publiczna rozwiodła się ze swoją żoną. Bywa... Odbiło facetowi w Londynie. Może jeszcze sprawę przemyśli...
Nic z tego! Jego wyjaśnienie sprawy było dla mnie porażające!!! Oto ten niewątpliwie inteligentny człowiek podaje jako powód rozejścia się  to, że jego żona nie chciała podążać za nim w JEGO karierze politycznej...
Jakie to smutne. On nic nie rozumie!!! W czasie ślubu przysięgał swojej żonie, że to Ona będzie dla niego najważniejsza. Ale w ich małżeństwo wpełzła niewierność... Krok po kroku kariera polityczna przysłoniła mu relację małżeńską. Londyński romans to tylko konsekwencja...

W małżeństwie tak naprawdę ciągle jesteśmy skazani na akty niewierności. Wciąż pojawia się coś/ktoś, co naszą pierwotną i najważniejszą relację stara się przysłonić. Dlatego miłość małżeńska wymaga czujności i ciągłego badania swojego serca. Ciągłego wracania do głównego nurtu, do pierwotnego źródła. Jest to stałe przepraszanie i przebaczanie.

I to jest piękne. Gdy żona widzi, że mąż stara się Jej być tak bardzo wierny, ze bada swoje serce, że czuwa, że przeprasza, że się w miłości małżeńskiej nawraca...

"... ślubuję Ci wierność..." oznacza to, że zrobię wszystko, abyś to Ty była w moim życiu pierwsza, najważniejsza.
A od Ciebie oczekuję tej samej postawy i gotów jestem przebaczyć Ci każdy akt złamania tej części przysięgi.

Przysięga tylko dla orłów... :)

Cdn... ;-)

niedziela, 10 czerwca 2012

Ślubuję Ci miłość...

"... ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci."

Przysięga małżeńska jest zobowiązaniem niezwykłym. Dwoje ludzi, którzy dotąd prowadzili niezależne życie, stają się jednym. Jak mówią mądrzy ludzie w tym momencie przestaje istnieć "Ja", rozpoczyna życie jedynie "My"...

Przysięga jest też aktem jednostronnym, nie ma uzależnienia jej ważności od postawy drugiej strony. Nie ma opcji zerwania czy wypowiedzenia jej. Nie ma "gwiazdek", ani drobnego druczku. To JA zobowiązuje się wypełnić przysięgę, bez względu na to, jak TY potraktujesz swoją... 
Myślę, że wielu z nas z treścią przysięgi jest na tyle "oswojonych", że nie do końca rozumiemy jej istotę. Wielu nowożeńców wypowiada ją automatycznie, wielu do samej ceremonii podchodzi zbyt lekko, traktując ją jedynie jako element koniecznej tradycji.

No bo jak rozumieć słowa "... ślubuję Ci miłość..."? Przecież to takie oczywiste! Ale czy naprawdę?
Ślubowanie to uroczysta przysięga. Przysięga to zobowiązanie do czegoś, co często związane jest z negatywnymi konsekwencjami niedotrzymania swojego zobowiązania. Czyli już pierwsze słowo tej niezwykłej ceremonii nadaje bardzo poważny, wiążący charakter. Oto On chce przysięgać, ślubować swojej małżonce. Ona chce przysięgać, ślubować swojemu mężowi. Nie obiecywać, nie deklarować, ale uroczyście przysięgać! Aż do śmierci! 


Pójdźmy dalej. "... ślubuję Ci miłość...". Znowu największym niebezpieczeństwem dla właściwego rozumienia tych słów jest trywialne, serialowe traktowanie "miłości". Nie ma chyba bardziej sponiewieranego słowa w naszym języku jak "miłość". Używane w najbardziej zwariowanych kontekstach, nadużywane i rozumiane przez każdego inaczej. Ile osób, tyle znaczeń...
Kiedy mamy do czynienia z przysięgą, to znaczenie musi być jasno określone. Muszę przecież wiedzieć, co przysięgam! Dlatego należy wrócić do źródeł. Miłość to nic innego, jak pragnienie szczęścia dla drugiej osoby. Oooops! Jak daleko często jesteśmy od takiego rozumienia.

Gdybyśmy mogli zamienić słowa przysięgi małżeńskiej tak, aby jasno oddawała jej treść, to można by powiedzieć: "Ślubuję Ci, że zrobię wszystko, abyś to Ty była szczęśliwa w naszym małżeństwie." Zrobię wszystko? Tylko Ty? Niezwykle trudne zobowiązanie... Myślę, że nikt z nas, nawet doświadczone i udane małżeństwa, nie może uczciwie powiedzieć, że wywiązuje się z tej części w pełni. Nie, małżeństwo to ciągłe dążenie do wypełniania treści tej przysięgi życiem. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok.
To Ty masz być szczęśliwa, w ślubowaniu małżeńskim nie ma niczego o moim szczęściu... 
Problem. Do tej pory byłem przede wszystkim nakierowany na szukanie własnego szczęścia, mojego dobra. A przysięga wprowadza mnie w nową rzeczywistość. To ja mam być tym, który zapewnia szczęście mojej małżonce. 
I szczęśliwym małżeństwem będzie takie, w którym obie strony, ona i on, robią wszystko, aby to druga strona była szczęśliwa.


Myślę, że czasami sprawy, które wydają się być prostymi, warto jest doprowadzić do ich istoty. I wtedy często okazuje się, ze rozumieliśmy je w zupełnie opaczny sposób.


Czyli kochajmy się! Albo inaczej, róbmy wszystko, aby to druga strona była szczęśliwa w naszym związku.


Cdn. ;-)

poniedziałek, 14 listopada 2011

Biedna Krytyka Polityczna...

Ostatnio środowisko Krytyki Politycznej ma strasznego pecha. A do tego część opinii publicznej próbuje zupełnie bezpodstawnie z KP stworzyć jakiegoś inspiratora bojówek antymarszowych.

No bo popatrzcie Państwo sami.
Siedzą sobie spokojnie 11 listopada w swojej knajpce na Nowym Świecie, a tu goście! Zupełnie niespodziewani! (jeżeli ktoś będzie twierdził inaczej, to przez KP zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej) Towarzysze zza Odry! "Herzlich wilcommen, Kameraden!"
No i ledwie usiedli, kawę zaczęli parzyć, a tu wpada Policja. I jakieś zarzuty, że bojówka, że atakowali, że grupa rekonstrukcyjna...
Panie oficerze, NASI przyjaciele??? To jest absolutnie niemożliwe. My tu grzecznie siedzimy i pijemy kawę! (jeżeli ktoś będzie twierdził inaczej, to przez KP zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej)
Jednak Policja Towarzyszy zgarnęła. Trudno, towarzysze z KP kawę musieli wypić sami.

Ledwie udało im się wyjaśnić swoje prawie-dziewictwo na konferencji prasowej (jeżeli ktoś będzie twierdził inaczej, to przez KP zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej), a tu znowu pech.
Okazało się, że ich Kameraden pozostawili w knajpie parę drobiazgów. Naprawdę, drobiazgi... W ogóle o czym tu mówić. Jakiś kastecik (taki wielopalcy pierścionek zaręczynowy), jakiś kijaszek, najpewniej używany jako laska przez jednego z niepełnosprawnych Kameraden, trochę gazu (ale to do inhalacji, przecież Kameraden mogą mieć astmę!) i tam parę takich dupereli. Wszystkie one służą do użytku własnego! (jeżeli ktoś będzie twierdził inaczej, to przez KP zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej). O czym tu w ogóle gadać! KP oczywiście nie mogła o tym wiedzieć! Lewicowa cnota na to by nie pozwoliła! (jeżeli ktoś będzie twierdził inaczej, to przez KP zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej)


Że co??? Że niby to był skład broni??? No, kolego jeżeli będziesz tak twierdził, to przez KP zostaniesz pociągnięty do odpowiedzialności karnej...

Logiczne byłoby, aby Pani Prezydent Warszawy rozwiązała z KP umowę najmu na te pechową kafejkę. Ale ile pecha można mieć. Tym razem choć trochę szczęścia. Pani Prezydent przeżywa ciężkie stadium choroby, która przejawia się ostra fobią przed przegrana sprawą sądową. Tak przynajmniej tłumaczyła swoja decyzję zgody na zorganizowanie antydemonstracji w tym samym mieście, na tej samej ulicy, na tym samym placu, o tej samej porze...
No i KP swoją bidną kafejkę pewnie zatrzyma... (jeżeli ktoś będzie twierdził inaczej, to przez KP zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej).


Aha, tutaj link, na którym możesz obejrzeć niemieckie precjoza - http://www.tvn24.pl/-1,1724153,0,1,palki--kastety--gaz-w-siedzibie-krytyki-politycznej,wiadomosc.html

wtorek, 1 listopada 2011

Cicha śmierć.... Chyba, że coś zrobisz!

Właśnie dzisiaj, w Święto Wszystkich Świętych chciałem podzielić się z Wami refleksją, która mnie ściga od pewnego czasu. Jestem w trakcie lektury "Obozu świętych" Jean'a Raspail. Napisana w roku 1973 futurystyczna powieść o końcu cywilizacji białego człowieka. Niezwykła, przenikliwa, boleśnie pasująca do dzisiejszych czasów.
Na tę powieść nałożył się blog Mariana Piłki "Ordo et Libertas", a szczególnie niedawna notatka pt. "Upadek Europy". Wszystkim Wam polecam i jedną i drugą lekturę. I przyznam, że nie mogę oderwać się od myśli, że czytam teksty swego rodzaju prorocze.

Każdemu z nas, czy to w sposób świadomy czy też nie, wydaje się, że wszystko kręci się wokół niego. Że świat to najpierw on, potem jego bliscy, a potem reszta... To takie ludzkie, takie naturalne. I takie złudne...
Tak naprawdę jesteśmy wszyscy, a precyzyjniej każdy z nas elementem rzeczywistości. Na którą zwykle mamy niewielki wpływ. Chociaż suma tych niewielkich wpływów może dać realny impakt. Ale często nawet tego niewielkiego wpływu się wyrzekamy. I dajemy nieść się innym wpływom, pozwalamy, aby sprawy biegły własnym torem. A bardzo często jest to dla nas, dla naszej bliższej, a na pewno dalszej przyszłości tor ślepy.
Dzisiejszy człowiek nauczył się żyć w krótkiej perspektywie. Od weekendu do weekendu, od jednego odcinka serialu do następnego, od urlopu do urlopu. Tak kroczek za kroczkiem. I czasami patrząc jedynie na te kroczki zupełnie nie widzimy końca drogi, którą zmierzamy. Oczywiście nie zawsze ten koniec dokładnie możemy dostrzec, ale przy naszej dobrej woli, przy pewnej mądrości życiowej można wyciągnąć daleko idące wnioski chociażby z jej kierunku. Oraz z historii tych, którzy szli przed nami.
Ale my stawiamy te małe kroczki. I nawet nie uświadamiamy sobie tego, ze to nie my sami wybieramy kierunek naszej drogi. Albo inaczej. Że sami pozbawiliśmy się wolności wybierania tego kierunku. Bo to przecież trudne. To wymaga myślenia. To wymaga ciągłego podejmowania decyzji, ciągłego podejmowania ryzyka. Po co? Inni zrobią to za mnie. I tak drepczę za innymi. Dokąd? Oni wiedzą. Mam nadzieję...

Dzisiaj wszyscy mówią o kryzysie. Kryzysie finansowym, kryzysie moralnym, kryzysie rodziny, kryzysie Kościoła. I w tym kontekście najchętniej mówimy o Grecji, "tej dzisiejszej młodzieży", naszym sąsiedzie, księżach i biskupach.
I nie stać nas na odważne stwierdzenie, że oto JA jestem centrum kryzysu. To ze mną jest problem, bo to ja wypuściłem, oddałem skromne narzędzia władzy nad swoim życiem w ręce innych.
Wyzbyłem się płodności. Tej traktowanej jak najbardziej dosłownie uznając posiadanie dzieci przede wszystkim za komplikację w moim życiu i ograniczając świadomie ich liczbę. I oto moja rodzina, moja miejscowość, moja Ojczyzna traci z roku na rok swoich obywateli. Traci swój potencjał.
Ale wyzbyłem się także płodności intelektualnej. To nie ja decyduję o kierunku mojego życia, ale prąd rzeki, w której jestem. Nie chce mi się podjąć wysiłku, nie chce mi się podjąć działania. I płynę z prądem. Coraz dalej. Z prądem, tak jak wszystkie chore ryby. Zdrowe i mocne płyną zawsze pod prąd! 
I żyję nie swoim życiem, życiem pełnym sloganów, pustych haseł, modnych odzywek. Jestem "trendy", nie chcę się wychylać. Żyję życiem, które kreuje ktoś inny. Śmierć jednak będzie moją własną. Bardzo indywidualną. I będę tam sam ze swoim, nie-swoim życiem.

Dzisiejsi "mistrzowie" polityki w zdecydowanej większości poddają się tej samej słabości. Tylko, że dla nich interwał, którym odmierzają czas to kalendarz wyborczy, a prąd stanowi wszystko to, co politycznie poprawne, to, co akceptują ich wyborcy. Co akurat teraz jest "trendy" na politycznych salonach Europy. Ale nikt NIE CHCE świadomie tego trendu kreować. Wszyscy chcą grzecznie płynąć. Nie wychylać się. 
Oni, tak samo jak i ja wypuścili narzędzia władzy ze swoich rąk. Tej władzy, w walce o którą gotowi byli niemal zniszczyć przeciwnika! A zamiast władzy przyjęli mniej lub bardziej polityczny bezwład. Dotyczy to zarówno tych, którzy "sprawują" władzę, jak też i tych, którzy są w opozycji. Plastikowi politycy plastikowego społeczeństwa...
Gdy rozejrzymy się poza nasze podwórko, to zobaczymy, że ta intelektualna bezpłodność jest chorobą zaraźliwą. Wszyscy w koło są tacy sami! Polityczne klony! Choć trzeba tutaj wspomnieć o europejskim wyjątku, którym jest Viktor Orban. Jest on chyba jedynie wyjątkiem, który potwierdza śmiertelną regułę. Gdzie się więc podziała władza? Kto nami rządzi?
Władzy nie ma... Są tylko dyrektywy, zarządzenia. Urzędnicze działania. Niby-władzę przejęła polityczna biurokracja. "Tak musi być!" Przynajmniej wszyscy w prądzie tak wołają. "Musimy się dostosować!" Śpiewają nieme ryby. I płyniemy...

Czy jesteśmy na to wszystko skazani? Czy nie mamy wyjścia? Na pewno wszyscy nieźle wdepnęliśmy. I droga wyjścia wymaga determinacji. Najpierw w naszych osobistych wyborach. Może warto myśleć przed podjęciem decyzji? Może warto mieć własne zdanie? Może warto powalczyć z moim życiowym prądem? I zacząć żyć własnym życiem. Pomachać uprzejmie tym wszystkim, którzy spokojnie, "trendy" odpływają w sina dal.

A w naszym życiu społecznym? Na pewno warto zacząć myśleć samodzielnie, a nie poddawać się hipnotycznym seansom dwóch głównych bohaterów. Warto rozejrzeć się wokół siebie. Warto w sobie odkryć na nowo sumienie. I TRZEBA pójść za jego głosem. Trzeba pożegnać tych, dla których polityka jest sposobem służenia opinii publicznej. Tych, którzy nie służą wartościom, które mogą nie być "trendy".
Warto stawiać na ludzi sumienia, na ludzi, którzy pokazują, ze płynięcia pod prąd, także w życiu społecznym się nie boją.

Postkolonialna bariera

8 maja prezydent Bronisław Komorowski fetuje, niedawno uchwalony przez Sejm RP, Narodowy Dzień Zwycięstwa. Jakiego zwycięstwa? Polska od...